niedziela, 6 kwietnia 2014

Od Yume


Wstałam i wyszłam z jaskini. Przez cały czas szłam przed siebie, nie mogłam przestać. Po jakimś czasie znalazłam się poza terenami. Wpadłam do jakiejś dziury, w której było pełno demonów i duchów. Ujrzały mnie i zaczęły atakować. Nie mogąc się ruszać, nie mogłam się bronić. Była to sprawa książki, otwierającej się tylko w nocy. Gdy myślałam, że już po mnie, podszedł jakiś inny demon, z twarzą i ciałem ludzkim, oprócz wielkich rogów. Nie był brzydki. Jego głos jednak był bardzo nieprzyjemny: ironiczny i głośny. Na pewno był królem. Zapytał czy jestem Yume. Nie odpowiedziałam. Spojrzałam w dół i zobaczyłam wiele rozlanej krwi. Demony nie krwawią, duchy tym bardziej. Zemdlałam. Ze swoich powodów zawsze bałam się krwi. Jednak... gdy się obudziłam też byłam demonem.
- Witam, Władczynio Róż.... - mruknął . Zobaczyłam swoje odbicie w lustrze:
http://fc01.deviantart.net/fs71/f/2013/173/b/7/rose_by_eranthe-d6a7chy.jpg
Nic nie odpowiedziałam. Zaniemówiłam.
- Jestem Rain, król Czarnych Dusz. - przedstawił się. Ja jednak nie spoglądając na niego, spojrzałam jeszcze raz w lustro. Przyjrzałam się dokładnie moim różanym włosom i nie ufnym oczom. Wyszłam z komnaty. Szybko się przekonałam, jestem w zamku. Wyszłam na balkon. Zobaczyłam inne demony, duchy, driady, smoki, wilkołaki, czarownice, nimfy, elfy... Wszystkie biły pokłon. Zeszłam jakimiś białymi schodami w dół, znalazłam się w srebrnoszarej sali. Podeszło do mnie parę służących.
- Zatańczy pani? Inne buciki dać pani? Wody? Chce pani kogoś ukarać? - zaczęły. Wskazałam na służkę, proponującą wodę i usiadłam na wielkim łożu. Obok stała srebrna komoda. Znów wyszłam na balkon, niewiele mi brakowało do ziemi. Poczułam się zmęczona. Zamknęłam oczy. Śniło mi się, że jest ktoś taki jak Król Gór. Wołał mnie. Kochał mnie. Gdy się obudziłam nie byłam w zamku, ale w lesie. Zaczęłam iść, wiedziałam jak, choć nie wiedziałam gdzie idę. Po paru godzinach zobaczył wielką tablicę, na której widniał napis:
- Choć nie ujrzeli więcej słońca, wszyscy polegli w cieniu gór... - przeczytałam głośno. Za mną coś się ruszyło. Zza drzewa nagle wyskoczyła ogromna zmora. Uderzyła mnie. Nagle róża na dłoni zaświeciła się na ciemny czerwony. Zmorę oplotły róże, oplotły jej szyję. Podniosły zmorę do góry, a ona zaczęła charczeć, aż wreszcie zginęła. Róże wróciły do mojego ciała. Ja nie bałam się, zaśmiałam się ironicznie.
Po paru godzinach weszłam na wielką górę. Zauważyłam bardzo daleko tereny naszej watahy oraz zamek w którym byłam. Zeszłam z góry i ruszyłam w stronę watahy. Jednak po kilku minutach znów słyszałam szmer. Róże wystąpiły z mojego ciała przygotowane do ataku. Zza drzew wyskoczył jednak smok. Był wielki, ciemnoczerwony. Wsiadłam na niego i wzlecieliśmy do góry. Przed terenami watahy przypomniało mi się, jestem demonem lecącym na smoku. Na pewno mnie nie rozpoznają. Na dodatek smok był wielki, a moja jaskinia aż tak wielka nie była.
- Trudno! - zawołałam i wylądowałam na terenach watahy. Wilki były zaniepokojone, ale ataki na mnie, czy na smoka nic by nie dały. Demony są odporne na takie ataki. Podszedł ktoś do mnie.

Ktoś dokończy?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz