A więc tak... Wędruję. Nie od wczoraj, nie od dziś; Nie od tygodnia, może miesiąca lub dwóch. Straciłem rachubę czasu. Nigdy jej nie lubiłem. Ograniczała mnie - mówiła kiedy mam iść spać, kiedy wstać, zjeść śniadanie itp. Teraz, gdy mam ją w głębokim poważaniu wędruję o 4 w nocy, a śpię w środku dnia, ale mniejsza z tym.
Od dawna nic nie miałem w ustach... Wody zero, jedzenia zero. A wokół nic tylko drzewa, ściółka, krzaki itp. Zbiegałem właśnie z górki, gdy to usłyszałem. Śmiech. I to nie ludzki, lecz zwierzęcy, a dokładniej wilków. Po mezzosopranie zorientowałem się, że muszą to być wadery. Coś dla mnie. Ruszyłem więc w ślad za głosem, który niósł się pomiędzy wysokimi drzewami, aż w końcu je zobaczyłem. Siedziały oparte o pień, teraz cicho rozmawiając. Jedna z wader była szaro-błękitna, druga natomiast śnieżnobiała. To właśnie ta druga zauważyła mnie i wskazała na mnie łapą:
- Kim jesteś? - zapytała.
- Nazywam się William, ale dla Was Will. - odparłem krótko.
- A co tutaj robisz? - zapytała szara wadera.
- Chodzę?
- Do jakiej watahy należysz? - zapytała hardo.
- Żadnej. A wy?
- Watahy Wschodzących Gwiazd. - powiedziały chórem.
- Mogę dołączyć? - zapytałem bez zbędnych pobudek.
<Kiarei, Sparta, któraś z Was dokończy? ;D >
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz