Siedziałam na drzewie i patrzyłam, jak ,,biedne" chochliki miotają się po całej polanie. Kilka dni wcześniej znalazłam wanilię i wzięłam trochę ze sobą. Kiedy zobaczyłam chochliki nie mogłam się powstrzymać. Powszechnie wiadomo, że nie cierpią zapachu wanilii. O mało co nie spadłam z drzewa, kiedy zwijałam się ze śmiechu na gałęzi. Kiedy uznałam, że mają już dość, cicho zeszłam z gałęzi i poszłam do miejsca, gdzie ukryłam wanilię. Wzięłam roślinę w pysk i ulotniłam się. Po ujściu kilometra cisnęłam zioło w krzaki. Zwolniłam marszu i z uśmiechem na pysku szłam dalej. Po niedługim czasie usłyszałam jakiś dźwięk. Brzmiał trochę jak bzyczenie pomieszane z szumem. Odwróciłam się. W oddali ujrzałam kilka małych istot, niewiarygodnie szybko zbliżających się do mnie. Chochliki. Te istoty są uważane za niegroźne, co jest kłamstwem. Kiedy się wściekną, zamieniają się w małe, żądne krwi bestie. Przyspieszyłam. Zdawał mi się, że zbliżam się do jakiejś watahy, bo wyczułam zapach wilków. Źródło zapachu znajdowało się jakieś 3-4 kilometry ode mnie. Przeszłam w bieg. Stworzenia były coraz bliżej. Teraz nie patrzyłam przed siebie, tylko liczyłam, jak daleko są chochliki i za ile mnie dogonią. Już widziałam ich małe, płonące nienawiścią oczka. Wreszcie walnęłam w coś mocno głową. Upadłam. Ze skroni poleciała mi strużka krwi. Umrzeć z rąk chochlików...ciekawe. Leżałam tak i nawet nie próbowałam uciekać. Śmiałam się tylko, tak że mogła mnie usłyszeć cała okolica. Wtem przede mną zamajaczyła sylwetka wilka.
Ktoś dokończy?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz