Było ciepłe, wiosenne popołudnie. Ranem padał deszcz, wiec powietrze było rześkie i świeże. Na trawach dało się dostrzec przezroczyste kropelki rosy, a na ścieżkach - błotniste kałuże. Nie mogłam marnować tak doskonałego dnia. Udałam się do jaskini medyków, by pomóc im w czymś lub choć coś przynieść. Zastałam tam jedynie Yume. Zaproponowała bym przyniosła jej jakieś zioła, podobne do kwiatów. Zgodziłam się. Poszłam do lasu. Ptaki pięknie śpiewały. Odkryłam małą polankę w głębi tej soczystej zieleni. Nie potrafiłam jej nazwać - był tak piękna. Mech lekko przystrajał pnie starych, uginających się drzew, których korony przysłaniały siebie wzajemnie. Nagle w jakiejś nieśmiało wychylającej się na świat kępce ujrzałam owe zielsko lekarskie.
- Witam! - usłyszałam za sobą. Już w samym tonie usłyszałam tę nutkę dumy - Morgul. Gdy obróciłam się, moja intuicja i słuch mnie nie zawiodły. Ciemny basior stał przede mną, zaciekawiony. Uśmiechnęłam się na jego widok. Nagle podeszła do nas Evelynn.
- Morgul, czapki z głów przed szlachtą - ukłoniłam się nisko w wymownym geście. Wilk parsknął śmiechem.
- Zawsze się ciebie żarty trzymają? - przechylił głowę, ale ja już zerkałam w stronę wadery.
- Wiesz, mam wiele pracy... - zaczęłam. - Ale Evelynn akurat ma wolną chwilkę i chętnie z tobą pogada - uśmiechnęłam się z błyskiem w oku. Podbiegłam do Evelynn i popchnęłam ją w stronę zniecierpliwionego basiora. Stawiała opór, ale dała za wygraną, zaczęli rozmawiać.
Zaśmiałam się patrząc na urzeczoną minę wilczycy i...no, w końcu! Wypatrzyłam potrzebną roślinę, zerwałam ją i szybkim krokiem oddaliłam się w stronę jaskini medyków.
Evelynn? Morgul? ;P
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz