środa, 26 marca 2014

Od Laurelhaliego

Usiadłem nad brzegiem jeziora. Poranek był dość ciemny i wilgotny, jak na wiosnę. W pysku trzymałem jakąś zakurzoną knigę z XVI wieku. Ktoś rano zostawił ją przed moją jaskinią. Położyłem książkę przed sobą. Przez chwilę patrzyłem się tępo w okładkę. Była na niej narysowana jakaś wilcza łapa, magiczny pyłek oraz gwiazda. Nie wiem co to miało znaczyć... Otworzyłem książkę na pierwszej stronie.
"Qala esigabeni ke zithi amazwi: lapho khona magic izalwe, lena iya." - przeczytałem na głos. Yyy... co to ma znaczyć? Parsknąłem z odrazą i z trzaskiem zamknąłem lekturę. Westchnąłem i w zamyśleniu wpatrywałem się w taflę wody. Dookoła mnie było całkiem cicho. Nagle usłyszałem za sobą kroki. Wystarczył błyskawiczny skok to tyłu by przygnieść tajemniczą postać do ziemi.
-Kim jesteś?-zapytałem chłodno.
-Też należę do watahy-odpowiedziała wadera i wyślizgnęła mi się spod łap. Zaciekle, mrużąc oczy patrzyliśmy na siebie, tak jak dwa tygrysy, które zaraz mają rzucić się sobie do gardeł.
-Kim jesteś?-ponowiłem pytanie.
-A nie widać?-odpowiedziała.
-Nie-warknąłem sarkastycznie.
-Rose.
-Laurelhali.

<Rose? Brak weny ;-;>

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz